RSS
czwartek, 03 marca 2016
Schować się.....

Coraz częściej myślę o tym jak chętnie schowałabym się przed światem. W kompletnej głuszy. Są takie miejsca w cywilizowanym świecie, gdzie- mimo wszystko- mozna się schować. Męczą mnie interakcje z ludźmi. Męczy mnie konieczność zakładania masek aby nie wyjść na idiotkę, męczy mnie konieczność dostosowywania się do oczekiwań społeczeństwa, pacjentów, ewentualnie ludzi na swojej drodze. Niestety- większość ludzi nie może sobie pozwolić na bycie kim chcą i jak chcą, społeczeństwo i tzw "normy" wymuszają okreslone dress- kody, konwenanse, maski i teatralne role. Chcesz być postrzegany jako dobry lekarz? Musisz wyglądać jak profesjonalista a nie podstarzała Morticiopodobna gotka. Chcesz nie uchodzić za bufona i buraka? To wdawaj się w small talki w windzie i mów wszystkim dzień dobry, nawet jeśli masz ich głęboko w d. Jeśli jest ci smutno- nie rób miny cierpiętnika, uśmiechaj się. Do pracy nie ubieraj gorsetu. Do sklepu nie zakładaj czarnej sukni z koronkami. Nie, nie rób sobie makijażu a la Jareth. Taa- na wakacjach za granicą- ale nie tu gdzie jesteś postrzegana w określonej funkcji społecznej i określonej pozycji!

Uważam że ludzie, zaprogramowani na "ocenianie" i "wyciaganie wniosków" są towarzystwem nie dla mnie. Nie chcę z nikim rozmawiać. Nie dlatego że czuję się lepsza (na jakim tle?), że mam jakąś pychę? Co to ma wspólnego? Ja po prostu nie lubię gadać o pierdołach. O pogodzie. O tym czy jest ciepło/ zimno/ mokro/ czy ładna niedziela/ pięknie drzewka kwitną/ pierdu pierdu pierduuuu.....  Nie lubię. I nie chcę robić tego czego nie lubię.

Kupić domek na Wyspach Owczych, nad samym oceanem, z dala od ludzi- WSZYSTKICH. Raz na tydzień popatrzeć na ludzi przy okazji wizyty w sklepie. Słuchać muzyki, czytać książki, malować, ubierać się jak mi się żywnie podoba (a jak mi się podoba- to nie ubierać się wcale), i nie mieć nic wspólnego z tym wielkim teatrem za szklana ścianą. Zawsze uważałam ze jestem z innego świata. Z jakiejś innej rzeczywistości. Chciałabym sobie w niej urządzić miejsce i absolutnie schować się przed światem ludzi.

11:19, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2016
Koniec pewnego etapu.....
Piję od ponad tygodnia, codziennie, szczęśliwie jestem na tyle przytomna aby pic kiedy już dziecko POSZŁO spać. Upijam się do nieprzytomności dzięki czemu zapominam o tym że się myśli. A myśli się o wszystkim.
Płaczę. Od tygodnia w zasadzie codziennie płaczę, nie mogę się uspokoić, nie potrafię znaleść sobie miejsca.
I teraz zabrzmi to może idiotycznie/ dziecinnie/ niedojrzale- płaczę bo odszedł ktoś z kim byłam bardzo związana. Nie z rodziny- z Wielkiego Świata. Tak, płaczę za Bowie'm. No i co?
Nadszedł czas kiedy zaczynają odchodzić ci, którzy byli "od zawsze", jak te gwiazdy na nieboskłonie, po prostu od zawsze, jak constans w życiu, ci którzy ukształtowali mnie, moją wrazliwość, mój gust, moje poczucie piękna. Nawet nie sądziłam że David byl dla mnie tak ważny........ A najwyraźniej był, skoro czuję się NADAL jakby ktoś mi wyrwał kawałek mojej tożsamości, wyrwał jakiś element z fundamentu. Niby muzyka pozostała...ale to nie to samo, świadomość śmiertelności, odchodzenia nie zabuduje tej wyrwy, raczej ją powiększy. Inni też odejdą. Ja też.
Jestem absolutnie przekonana że David nie odszedł przypadkiem, wiem jak wygląda śmierć przy nowotworach wątroby i raczej sądzę że doszło do "przypadkowego" przedawkowania morfiny- i wszystko było zaplanowane od A do Z.
Chodzi mi też o to czy ja w takim momencie również będę mieć siłę aby nie skazywać najbliższych na obraz powolnego odchodzenia w cierpieniu.
To kompletna bzdura że zostają po nas dzieci. Nie zostają. Kto pamięta czy Mickiewicz, Beethoven, Dali mieli dzieci?? Nie- po geniuszach nie pozostaje nic poza dziełem. Ich dziećmi są dzieła. Niestety- istoty ludzkie rozsypują się w prochu a dzieła sztuki pozostają nieśmiertelne.
I wiem że po mnie nic nie zostanie. Nic.
Może to przyczyna mojego obsesyjnego kompleksu "nie posiadania żadnego talentu".
Bo ślad tylko po nielicznych zostanie- nie po mnie....... Nie mam talentu. Nie zostawię po sobie śladu w nieśmiertelności.
Ashes to ashes.
21:25, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 października 2015
Prawdy poszukiwanie

Ten kto prawdę kocha, kto prawdy szuka nie powie nigdy "prawdę znam". Bo nie ma jednej prawdy. Prawd są miliony a kaźdy ma własną. Bo prawda zalezy od spojrzenia. Od kąta postrzegania. 

Nie ma m9zliwosci poznania prawdy obiektywnej. Mozna co najwyzej dążyć do spojrzenia z jak najwiekszej ilosci perspektyw a nastepnie poskładac obrazy jak w kalejdoskopie. Dodac interpretację kazdej strony. Dodac wytlumaczenie dlaczego w taki sposób i co ma na to wpływ.... jakie doswiadczenia i jakie emocje punktu czasoprzestrzeni.

Moja prawda: kochałam i nie chcę juz kochać.

A jak to wygląda z innych stron swiatła?

21:27, loneliness77
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 października 2015
Miłość i otrzezwienie
Wczoraj, kiedy twoje imie
ktos wymowil przy mnie glosno, tak mi bylo, jakby roza
przez otwarte wpadla okno.
Dzis, kiedy jestesmy razem, odwrocilam twarz ku scianie. Roza? Jak wyglada roza?
Czy to kwiat? A moze kamien?

I tak obracam w dłoniach ten kwiatokamień. Tchnęłam w niego życie. Ogrzałam, napoiłam krwią swoją, oddałam swój oddech i swoje myśli. A on.....rozrósł się w mojej głowie jak narośl rakowa, rozepchnął się do granic przytomności, zadusił wszystko szczęście, wszystkie pragnienia i wszystkie małe radości. Zaczął nabierać rysów.......
Na koniec chciał mnie zabić. Tabletki, alkohol, sprytny dostęp do tego co realnie szkodzące. Bo rak żył życiem własnym i nie chciał dać mi oddychać.
A teraz siedzę. i patrzę.
Kwiat. Kamień.
Czyż to nie to samo jest? Ścięty kwiat co skamieniał...?

Podobno miłość i alkohol działaja podobnie. Najboleśniejsze jest otrzeźwienie. Spojrzenie w tył. Kac.
23:55, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 czerwca 2015
Am I proud...?
Poniedziałek, popołudnie. Siedzę w robocie, w POZ-ie, liczę minuty do końca. Ludzi mało, dzieciaki szczęśliwie nie chorują, przychodzą najwyżej po recepty na stałe leki. Pomiędzy nimi przychodzi matka z chłopcem.
"Może ja nadwrazliwa jestem i głowe zawracam ale takie dziwne ma te siniaki- no chłopak, wiadomo, ale taka wysypka mu jeszcze wyszła. Ciotki mówią że to alergia, no ale może ja przewrażliwiona jestem..."
Patrzę- no, wysypki prawie nie widać, siniaki raptem trzy, sporawe, ale nie jakaś ogromna ilość. Jeden siniak na uchu. Zaraz- czemu na uchu? kto sobie robi siniaki na uchu? Bez cech urazu?
Myślę sobie że może ja też nadwrazliwa jestem, moze należałoby się usmiechnąć, uspokoić, dac skierowanie na badania, niech sobie jutro zrobi dla "świętego spokoju".
No ale nie. Ja tak nie umiem. Wszystkie wizje, najbardziej niewiarygodne stają mi przed oczami, więc wręczam skierowanie do szpitala i tłumaczę że trzeba jechać "natychmiast". Mam oczywiście poczucie że straszę biedną mamę, chłopak jak chłopak- obsiniaczył się, były upały....cały zdrowy poza tym.....
Za trzy godziny dowiaduję się od kolegi że chłopak jedzie już do kliniki, płytek ma raptem 3 tysiące (czyli prawie ich nie ma).

Czuję się dumna. Aż mnie skręca żeby komuś się tym pochwalić- no komu- oczywiście przyjacielowi, bo komuż innemu, ja sobie niepotrafię, ale może ona powie że jestem dobra, że mam intuicję....cokolwiek.
Słyszę
"O matko jedyna , nie lubie tych twoich opowiadań z pracy gratuluje ci ale bardzo proszę daruj sobie takie info dla mnie . Nie działa na mnie pozytywnie .  proszę bez opowieści nie mam głowy ze stali"

...i znów się czuję jak wielkie nic.

23:25, loneliness77
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 maja 2015
Lęk przed nieuchronnością
Przerażające jest to że kiedyś nie będzie nic. Nie będzie świadomości, myśli, refleksji, czucia, nie będzie bólu ucha, zimna, gorąca, za-długich paznokci, nieumytych włosów. Nie będzie nic. Nie będzie "za późno" ani "jeszcze mam czas" ani nawet "w tej chwili" Po prostu nic.
Nieuchronność i nieprzewidywalność co do czasu- i doskonała przewidywalność co do faktu zaistnienia. Kiedyś- wcześniej albo później. I nikt i nic przed tym nie uchroni.
Przeraża fakt niemozności uchronienia dziecka przed śmiercią- może się wydarzyć. Nawet kiedy spełni się wszystkie zalecenia rozsądku. Przeraża fakt ze nie uchroni sie dziecka przed bólem po stracie siebie. Ten ból kiedys będzie.
Tak naprawdę kiedys nie będzie się czuć nieistnienia. Po prostu nie będzie nic. To NIC będzie odczuwalne dla wszystkich wokół. Może najbardziej boli poczucie NIC patrząc na innych bo zarazem daje obraz nieuchronnosci własnego losu.

8-latek czeka na rezonans w dniu jutrzejszym. Śmiesznie chodzi. Prawie zabawnie, wszyscy się podśmiewali pod nosem.
Podejrzewam guz.
17:49, loneliness77
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 maja 2015
Wirtualne samobójstwo
Po siedmiu latach intensywnego tworzenia własnego wizerunku na fejsie skasowalam sobie konto. Po prostu. Impulsywnie ale myśl o tym switala od dawna. Kto wie- może uda mi się częściowo choć odzyskac swoje pelnokrwiste życie? 
22:43, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 kwietnia 2015
Pułapki asertywności
Pułapki asertywności to takie zachwiania relacji, kiedy jedno mówi o swoich uczuciach i o tym co czuje, a drugie mówi czego nie czuje odnośnie pierwszej osoby. Jeśli pani Iksińskiej jest przykro, to pani Igrekowska odpowiada że nie czuje się winna tego że Iksińskiej jest przykro. Pułapką jest to, że zamiast zapytać dlaczego jest jej przykro myśli o swoich uczuciach. W ten właśnie sposób można skutecznie zniechęcić do szczerości. Bo jeśli Iksińska mówi że jest jej przykro to nie oczekuje obrony "ja" Igrekowskiej (przed czym?). Gdyby oczekiwała- powiedziałaby "Przez ciebie jest mi przykro" albo "Zrobiłaś coś przez co jest mi przykro". (Co naturalnie nie byłoby już asertywne). Iksińska jednak mówi najzupełniej szczerze o swoich uczuciach, wyłącznie swoich. Zapewne oczekując zrozumienia. Może wsparcia. A dostaje zasłonę "ja" Igrekowskiej.
WNIOSEK:
1. nieprawda że należy mówić o swoich uczuciach.
2. To że mówimy prawdę o swoich uczuciach nie oznacza że zostaniemy zrozumiani.
3. Kiedy staramy się opisać swoje uczucia to nie po to aby scentralizować osobę interlokutora tylko aby coś przekazać. 4. Interlokutor wyciąga często własne wnioski i buduje na nich fałszywą prawdę (Igrekowska NIE czuje się winna- oznacza że została obwiniona. A została? Nie, usłyszała że Iksińskiej jest przykro. SAMA poczuła się obwiniona. Swoją drogą ciekawe czemu? )
Nie warto być asertywnym wobec najbliższych. Można poczuc się przykro. (bez obwiniania)
12:14, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 kwietnia 2015
Bajka na dobranoc.
Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami żyły dwie najlepsze przyjaciółki- Ania i Kasia. Obie uwielbiały piękne kwiaty ale Ania miala ich wiecej. Bardzo o nie dbała- stały na parapetach, przy oknach a ona podlewała je, dodawała nawozy, myła ich listki z kurzu i codziennie zraszała wodą a one odwdzięczały się przepięknymi kwiatami, bujnym, cieszącym oko wzrostem, błyszczącymi ze zdrowia liśćmi. Ania czasem głaskała je i szeptała do nich jakie są piękne i jak cieszą jej oczy. Pewnego dnia odwiedziła ją Kasia.
"Jak piękne są twoje kwiaty! A ten czerwony- szczególnie! " zawołała wskazując na ogromną, purpurową sundavillę.
"Jeśli chcesz mogę zrobić Ci sadzonkę i dać ukorzenioną w doniczce" zaoferowała się Ania, która wiedziała że niełatwo jest ukorzenić sundavillę i że sadzonka wymaga troskliwej opieki.
"Tak, bardzo chcę taki piękny kwiat, dziękuję!" uśmiechnęła się Kasia.
Następnego dnia Ania przygotowała mini szklarenkę z folii i zasadziła w niej małą szczepkę. Codziennie ją doglądała, podlewała i wietrzyła aby stworzyć jak najlepsze warunki do rozwoju. Roślinka szybko zaakceptowała nowe miejsce, wypuściła korzenie, po dwóch tygodniach pokazały się nowe świeżozielone listki oraz pączek kwiatowy. Ania z drżeniem serca i radością włożyła sadzonkę do najpiękniejszej doniczki jaką miała i pojechała do Kasi. Gdy weszła, cała podekscytowana tym jak pięknie udało jej się przygotować prześliczny kwiat- zobaczyła Kasię rozesmianą w otoczeniu innych ludzi. Kasia przywitała się, skomentowała ze śmiechem powagę Ani, wzięła kwiatek do ręki i postawiła na stole, na werandzie. Ania poczuła się nie na miejscu. Wymówiła się bólem brzucha i pojechala do domu gdzie rozmontowała szklarenkę..... Następnego dnia pojechała ponownie do Kasi. Na werandzie, na stole w kacie stała sundavilla..... Stala w tym samym miejscu kolejne dwa tygodnie. Ziemia wyschła w doniczce, listki zaczęły kurczyć się i opadać. Po dwóch tygodniach Ania ze łzami w oczach przeniosła doniczkę do cieplego pomieszczenia, podlała, ale niestety. Roślinka wyschła całkowicie, zapomniana i niechciana.
Minęły kolejne dwa tygodnie. Zabrzęczał Ani telefon- SMS. "Twoja kwiatusia umarła! Uschła!"
Owszem. Uschła.

Taka historia kwiatka. A czasem takie sa historie relacji między ludźmi kiedy jedno kocha za bardzo.
18:03, loneliness77
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 marca 2015
Help me
Dziecko moje jedyne i kochane. Ty mnie trzymasz w życiu, tylko Ty bo niczym sobie nie zasłużyłeś na to aby nie miec matki lub raczej mieć ją na cmentarzu. Powołałam Cię do życia i nie zostawię, nawet jeśli to wszystko tak strasznie mnie boli i nawet jeśli czuję że nie czuję nic. Coś czasem o dumie, o radości- wspominam, żeby kłamać ze odczuwam takie uczucia. No ale nie czuję nic. Ani ekscytacji. Ani dumy. Ani radości. Pasja stała się więzieniem. Praca stała się egzystencją. Nie mam cierpliwości, nie mam radości, rzadko czuję dumę. Chyba nigdy. W zasadzie czuję tylko rozdrażnienie, zmęczenie, znużenie. Ale Ty niczym sobie nie zasłużyłeś na to aby mnie nie było. Masz prawo mieć mamę. Choćby miała być to jedyna nić która mnie trzyma dostatecznie mocno.
22:29, loneliness77
Link Komentarze (3) »
Przyjacielska pomoc
Jestem naiwna. Jestem naiwna ponieważ wydaje mi się iż ludzie chcą być dla siebie dobrzy i chcą wiedzieć jak można sprawić przyjemność drugiemu człowiekowi. Zwłaszcza przyjaciele ("").
Generalnie łatwo jest "pomagać" komuś, kto ma problemy których nie mamy my. Można wtedy pomóc z wyrazem ulgi na twarzy - jak to dobrze że JA nie mam takiego problemu. Albo- ma takie płytkie głupie problemy, pomogę i w ten sposób zrobię sobie dobrze- jakaż ja jestem dobra, pomocna, jak mozna na mnie liczyć!
Oczywiście nikt nie przyznaje się przed sobą do takich myśli, może nawet ich sobie nie uświadamia. Ot- bo co to za wysiłek posłuchać kumpeli którą ogólnie uważamy za płytką, niedojrzałą i niemądrą? Posłuchać- niech się wygada, niech opowie o swoich problemach, popłacze sobie. No jest płytka i ma takie problemy. Tak naprawdę- poza czasem nic mnie to nie kosztuje....... Jest wręcz korzyść- czuję się dobrze. Ktoś uważa że przejmuję się jego problemami i "dramatami". Za plecami powiem z pogardą że "Iksińska ma problemiki".
Jeśli zdaję sobie doskonale sprawę że pomoc drugiemu człowiekowi niesie za sobą jakiekolwiek koszty- psychiczne, koszt schowania własnej dumy aby się przełamać i zrobić coś czego nie lubię i nie chcę- dla kogoś, jeśli ten ktoś naprawdę tego potrzebuje. Zrobić- nawet bez efektu- ale z kosztem. Z realnym kosztem przełamania własnej dumy, egoistycznego zapatrzenia na czubek własnego nosa, DLA kogoś..... Wtedy tak naprawdę nie jesteśmy już ani uczynni, ani pomocni, ani altruistyczni. Przełamanie własnej dumy boli. Zrobienie czegoś PRZECIW sobie- DLA kogoś. To jest realny wysiłek. Kosztuje. I tak naprawdę wtedy widać kto jest prawdziwym przyjacielem..... Rzecz jasna nie mówie o sytuacji poświęcania się na zasadzie "zrobię coś dla ciebie, poświęcę się a ty mi teraz dziękuj, bij pokłony bo ja się tak poświęcam". Nie. Nie to mam na myśli. To jest odwrotna skrajność, równie chora. Mówię o takim zwyczajnym oddaniu się z miłości, z przyjaźni- w imię przyjaźni.... albo- bo tak trzeba.
Rok temu pochowałam Kubę. Byłam obok do końca, mimo potężnego kosztu o którym doskonale wiedziałam. Czy oczekiwałam podziękowań? Nie. Czy czuję się dobrze? Nie- właściwie przeżywam po roku na nowo i wiem że decyzja była prawidłowa i słuszna- tylko koszt potężny.
Depresja jest chorobą kiedy przyjaciele się odsuwają i uciekają. Jeśli pomoc "na ich sposób" nie skutkuje- odchodzą, zasłaniając się kosztem.
A czasem wystarczy być. Po prostu być.
Najadłam się wczoraj leków. Tak- żeby spać. Spałam.
Nie miałam z kim o tym porozmawiać.
11:46, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 stycznia 2015
Reklamy radiowe
Nie słucham radia. Niemalże obsesyjnie nie słucham radia. Z telewizją jest tak że nieoglądam jej niby przypadkiem, nie mam czasu na rozmydlanie treści własnych myśli z którymi wolę zaszyć się pod kocem kiedy tylko mam wolną chwilę, ale radio- radio to takie tło codzienne dla niektórych, włączone i sobie gra, a w nim taki stek bzdur i głupot że uszy puchną. Niestety- puchną wyłącznie mi, przez co regularnie jestem zmuszana do słuchania radia w miejscach gdzie nie mam na to wpływu. Tak więc dzisiaj miałam przegląd idiotyzmów radiowych, czyli reklam.
Generalnie reklamy radiowe są infantylne, podane w formie skretyniałych perełek językowych, krótkich form dialogowych pomiędzy idiotami a debilnymi "fachowcami", a poziom intelektualny większości sięga dna oceanicznego. Jednak jedna reklama szczególnie zauroczyła mnie poziomem absurdu- a mianowicie reklama o "nadmiarze wody w organizmie".
Wystarczy wziąść reklamowany środek aby pozbyć się wody z organizmu, bo po prostu organizm zatrzymuje wodę, przez co człowiek robi się ociężały. Logiczne- litr wody waży około 1 kilograma, jeśli pozbędziemy się dziesięciu litrów wody- będziemy lżejsi- podpowiem, że wyrosną nam wówczas skrzydła anielskie i pomachamy nimi prosto do nieba a nasze bezwodne ciała pozostaną w trumnach. Amen.
Albo mozna włożyć się do pieca jak w sławnej scenie z lektur szkolnych- woda odparuje szybciej, intensywniej i za darmo.
Można jeszcze wyciąć sobie część podwzgórza- metoda nieco bardziej kosztowna- ale za to jaka skuteczna! Na całe zycie!!
Aa, jeszcze zapomniałabym o jednej metodzie- można sobie usunąć całe jelito grube i zrobić sztuczny odbyt na końcówce cienkiego- treść jelitowa będzie się wydostawać od razu bez zbędnego wtórnego wchłaniania i szkodliwej retencji wody w organizmie.....

Wisienką na torcie była bioretencja wapnia. Wapń o wysokiej bioretencji. Ostatnio termin retencja słyszałam w odniesieniu do stolca jako naukowe opisanie zaparcia, tudzież do systemów melioracyjnych (retencja wody na obszarach uprawnych). No- ale RETENCJA a jeszcze BIORETENCJA magnezu lub wapnia brzmi tak "naukowo"! Prawie jak retencja kału w zaparciach :)
15:03, loneliness77
Link Komentarze (1) »
piątek, 30 stycznia 2015
Co się stało...?
Ze zdumieniem stwierdzam że portal społecznościowy zwany fejsbukiem zabrał mi jakąkolwiek ochotę na pisanie w innych miejscach.... A tam... w gruncie rzeczy ciężko jest w takim miejscu pisać głębokie przemyślenia i oczekiwać równie głębokiej reakcji ludzi. Tak, to dobre miejsce do szybkiego publikowania zdjęć w celu "pochwalenia się" i podbicia własnej wartości za pomocą ilości "lajków i "komentów". Gorzej jeśli zaczynam co chwilę sprawdzać kto widział, oglądał; kto zostawił ślad, co gorsza- dzielę "lajki" na lepsze i gorsze- czyli te na których mi zależy oraz te na których mi nie zależy. Jakie to wszystko absurdalne....
Od jakiegoś czasu czuję się tym lekko zmęczona.
Tyle ciekawych, intrygujących przemyśleń pojawiło się w mojej głowie w ostatnich tygodniach- ale chyba nikt ich nawet nie zauważył w realnym świecie.

14:35, loneliness77
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 marca 2014
Rok ostatni
Co się stało że tak nagle zaczęłam pisać? Myślę że nie ma wokół mnie osób z którymi mogłabym przegadać historię Kuby po raz drugi, trzeci, piąty dziesiąty. Nie mam przyjaciół... mam znajomych, koleżanki, jedną osobę o której chciałabym powiedzieć "przyjaciel" ale nie mogę bo cały czas nadajemy na dokładnie odwrotnych falach- mimo tego jak obłędnie ja kocham. Moje potrzeby i pragnienia sa tak doskonale odwrotne ze to po prostu nie ma szansy trwać na duchowym poziomie zrozumienia. Zawsze chcialam mieć przyjaciela.....- być w duchowym związku na równym poziomie i stuprocentowym zaufaniem.... Tak, Arystoteles opisywał taką formę relacji i nazywał ja przyjaźnią. Ale to marzenia.....
Cały rok z Kubą przetrwałam na lekach antydepresyjnych i jestem nadal. Prawdopodobnie będę musiała brać te leki całe zycie, bez nich gwałtownie świat się sypie, ludzie stają się wrogami i każdy czyha aby mnie dobić, każdy chce mi dokopać. Teraz jest stabilnie. W miarę- nie myslę.
Pracuję. Uciekam.
Jak zawsze.
15:04, loneliness77
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 marca 2014
makowiec
Przedostatnią chemię Kuba miał przed samymi Świętami Bożego Narodzenia. Wrócił z Warszawy dzień przed Wigilią. Pociągiem. Popsuł się im samochód a nikogo nie zdziwiło że takie dziecko wraca po chemii pociągiem.....
Jedyne o czym myślałam to jaki bezsensowny stres ludzie sobie robią- gotowaniem, sprzątaniem, choinką....a mama Kuby nie ma nic na święta, bo niby skąd.... I co to znaczy przez kontrast nie zdążyć z pierogami...?
Zamiast robić kolejny kilogram pożywienia które się zepsuje, dzień przed wigilią stałam w kuchni robiąc roladę makową, pierogi, uszka..... Nie dla siebie. W Wigilię zapakowałam i zawiozłam. Nie chciałam nawet słyszeć podziękowań- bo po co.....przecież tak należało uczynić. Czy to takie dziwne że aż wymaga podziękowań?
I tak nie mogłam dać tego co najważniejsze- spełnienia już tylko jednego marzenia......................
21:37, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 marca 2014
Co jest najgorsze?
Jedną z najtrudniejszych spraw w opiece nad umierającym dzieckiem jest umiejętność przestawiania się z trybu "jestem całkowicie dla was, nie ma mnie, nie ma moich, innych problemów, jest tylko wasze cierpienie" na tryb słuchania bardzo przejętych ludzi robiących dramat z trzeciego kataru w miesiącu, załamujących ręce jak bardzo są nieszczęśliwi ponieważ po raz kolejny ich dziecko ma zapalenie ucha. Tak, dla każdego jest ważne jego dziecko i żadne inne, ale dla lekarza który ma to wątpliwe szczęście oglądać prawdziwy dramat i cierpienie- często ciężko jest się "przestawić" w ciągu godziny lub dwóch na empatię w stosunku do dramatyzujących w przychodni rodziców którzy- często- awanturują się bo ich BARDZO CHORE dziecko wymaga natychmiastowej wizyty, najlepiej poza kolejką..... Potem okazuje się że dziecko chore- ale z katarem i kaszlem, od tygodnia- ale akurat teraz mama miała popołudnie wolne "a on dzisiaj bardziej brzydko kaszle" i ma taką straszną gorączkę 37,8.... I siedzę, patrzę na to dziecko ze zwykłą infekcją, które jeździ na autku po gabinecie, piszcząc- i myślę o Kubie..... dobrze że ludzie nie mają pojęcia czym jest prawdziwa choroba, prawdziwy dramat. Ciężko się przestawić z wizyty u Kuby na katarki, kaszelki, sprawy w urzędach, problemy z naprawą rury.... po prostu wszystko zaczyna odchodzić w niebyt. Również sens.....
21:41, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 marca 2014
Pustynia part 2
Od roku nie było właściwie dnia żebym nie myślała o Kubie i o jego mamie. Kiedy przyjeżdżał po chemii, z pancytopenią do mnie na Oddział, do dziś pamiętam jak płakał i jak zawsze przeżywał kolejne "kłucia" i pobyty szpitalne. Prawie zawsze biegłam do sklepu, kupowałam najładniejsze klocki lego albo jakieś inne zabawki- tor wyścigowy, roboty do składania; przynosiłam na naszą Izbę Przyjęć i dawałam pielęgniarkom żeby podały Kubie mówiąc że "od Świętego Mikołaja". Chociaż trochę uśmiechu...potem rano przychodziłam na obchód, a Kuba pokazywał mi z radością w oczach jakie super zabawki dostał poprzedniego dnia. Cieszyłam się- choć widziałam śmierć w jego oczach. Wiedziałam. A jednak- cieszyłam się z tych chwil uśmiechu i radości, zaskoczenia i zapomnienia się w zabawie o tym co najgorsze, najstraszniejsze.....

A teraz co- lampkę?
Ludzie mówią że my, lekarze, nie mamy wrażliwości, empatii. Niestety- przez cały ten rok wielu moich kolegów i koleżanek po fachu pokazało mi dość wyraźnie że jest to prawdą. Ale....tak myślę że jest to jakaś forma obrony, bo jeśli chce się pomóc- to trzeba mieć ekstremalną siłę w sobie, trzeba umieć zamknąć drzwi i wrócić do swojej rodziny. Ja tego nie umiem, a zarazem nie umiem się bronić oschłością i brakiem wrażliwości. Całą sobą staram się pomóc choć wiem jaki jest koszt..... Czy ktoś pomoże mi...?
20:23, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 marca 2014
Pustynia part 1
W moim sercu jest pustynia. Pustka. Od 24 lutego- od dnia stwierdzenia zgonu mojego Kuby i wypisania pierwszej w życiu karty zgonu (w pediatrii to dość rzadkie...)nie uroniłam ani jednej łzy. Nie mogę. Do teraz...czuję się jakbym szła przez palącą rozgrzaną pustynię, każdy krok boli, ale nie ma łez, nie ma oczyszczającego płaczu...
Znałam Kubę od trzech lat. Pamiętam doskonale dzień kiedy pojechał na TK i postawiono rozpoznanie..... miał wtedy 7 lat. Pamiętam mamę Kuby. Wtedy. Z tamtego dnia. Ja wiedziałam jaka bedzie droga i jaki będzie jej koniec......ale nie mogłam tego powiedzieć. Nie chciałam w to wierzyć.
Potem leczenie w Katowicach, remisja, radość, powrót do szkoly i w marcu 2013 nawrót choroby...wznowa. Od tego czasu byłam. Byłam cały czas, 100% czasu, 100% energii, myśli, lęków..... wiedziałam z góry jaki będzie koszt- dla mnie. Moją decyzją było ponieść ten koszt- bo "trochę" potrafi zrobić każdy. Tyle żeby mieć spokojne sumienie. Zrobić "wszystko co możliwe"- w takiej sytuacji robi się kosztem siebie, swojego spokoju, swojej stabilności..... Dlatego tak naprawdę ludzie uciekają, odsuwają się. Nie chcą uczetsniczyć w bólu, cierpieniu, jakby to było zaraźliwe, jakby to był trąd który rozprzestrzenia się od samego dotyku, spojrzenia, ba- oddychania tym samym powietrzem.
I ta wieczna indolencja i niemoc- nikt nie umie obsługiwać portu naczyniowego- to nie, nikt nie będzie się uczyć, każdy się boi, lepiej kłuć dziecko pięć razy dziennie, z siniakami, z bólem..... Nauczyłam się. Sama. Z jedyną rozsądną osobą- moją wspaniałą zabiegową pielęgniarką, czego efektem były telefony w weekendy i wieczorami "jest Kuba na Oddziale"- no to jadę i zakłądam port bo nikt inny tego nie zrobi. "Port się zatkał, nikt nie umie odetkać, wszyscy mają dwie lewe ręce"- no to jadę i odtykam lub wymieniam. W pewnym momencie piwo piłam tylko jak Kuba był w CZDz żeby być "na trzezwo" w razie telefonu, starałam się nie wyjezdzac z miasta, być pod telefonem..... To chyba naturalne? Okazuje się że nie, ze to nie-naturalne bo inni tak nie robią. A przecież..... czy to tak dużo ograniczyć dziecku ból kiedy jeszcze żyje? Z świadomością bezsilności chcieć zrobić chociaż tyle? Tak mało....... i chociaż tyle.....

22:09, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
Potrzeba silniejsza od wszystkich
Można nie pisać dniami, tygodniami, miesiącami a w pewnym momencie przychodzi taki moment, takie olśnienie że nic już nie pomaga- tylko pisanie.....i piszę wszystko co w głowie, piszę strony, długie, rozległe, piszę.....
Mija rok od koszmaru. Mija rok odkąd zrozumiałam że moim wrogiem największym jestem ja sama.
Mija drugi tydzień jak nie ma Kuby. Był Kuba- i nie ma Kuby; było dziecko- nie ma dziecka.
A zasłona świątyni się nie rozdarła i trzęsienie ziemi nie pochłoneło całego znanego mi świata..... łagodne promienie słońca migocą w kolorowych witrażach tworząc barwną mozaikę przed obliczem Pana.
Nic się nie zmieniło.
Przybył tylko jeden grób więcej, grób dziesięciolatka co nie doczekał dziesiątych urodzin.
Muszę to opowiedzieć skoro nie mogę płakać.....
16:19, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 maja 2013
Jestem dumna z siebie.
Jestem dumna z: właściwych wyborów dokonanych w swoim życiu, ze zdroworozsądkowego pragmatyzmu, z umiejętności stania twardo na ziemi majac jednoczesnie głowę w chmurach, z umiejętności wycofania się z slepych ulic- nawet jesli w nie zabrnę, z umiejętności zaplanowania i pokierowania własnym życiem, z odniesionego sukcesu..... ktory jest efektem moich wyborów a nie zbiegów okoliczności. Jestem dum...na z umiejętności oddania spraw własnemu biegowi kiedy mogę to zrobić, i wyczucia kiedy tego robić nie należy. Jestem dumna z umiejętności walki o siebie. Jestem dumna z tego, ze potrafię popełniać spontaniczne decyzje, ktore sa jednocześnie spełnieniem marzeń- i WIEM kiedy mogę sobie na to pozwolić. Jestem dumna z tego że spontaniczność nigdy nie stała się lekkomyślnościa i brakiem rozwagi. Jestem bardzo dumna z umiejętności zdroworozsądkowego myślenia i umiejętności krytycznego spojrzenia na samą siebie, jak również przyznania się do popełnionych błędów. Jestem równiez dumna z tego że jestem wrażliwa i empatyczna. Jestem dumna z tego w jakim punkcie swojego życia się znajduję i z tego że SAMA doszłam do tego punktu- lub że moje własne wybory doprowadziły mnie do tego punktu w którym jestem.

Jestem na drodze ku dobremu. Na ten moment to ja wygrałam. Wiem że wygrałam. Wracam do życia. Jestem. To ja musiałam sama przed sobą przyznać jak bardzo jest źle, to ja musiałam spojrzeć na siebie krytycznie, co było bodajże najtrudniejsze w tamtym stanie (kiedy czuje się że WSZYSCY ranią najciężej przyznać że problem jest w MOJEJ głowie...). To ja musiałam spaść na samo dno aby się od niego odbić. Odbiłam się. Żyję. Wygrałam.

Jestem dumna z tego że ostatecznie dotąd to ja wygrałam za każdym razem, że zawsze udało mi się odbić do życia, że ułożyłam sobie życie, wypracowałam, zaplanowałam tak, aby zrealizować marzenia. W tym punkcie jestem. Nie chodzi o to żeby marzyć- to potrafi każdy. Chodzi o to aby tak pokierować swoim życiem aby marzenia zostały zrealizowane i UTRZYMANE. Aby się działy. Z głową w chmurach idąc twardo po ziemi...tak- to mi odpowiada.
17:21, loneliness77
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8